Nie pojmowała sensu wydarzeń. Umierające zwierzę, męczone przez światło; szlochająca kobieta – z pewnością kobieta – w drzwiach, ubrana jak żałobnica. Jak to wszystko skojarzyć?
- Kim pani jest?! – zawołała.
Żałobnica jak gdyby cofnęła się w cień, gdy ją zagadnięto, potem pożałowała tego ruchu i znów zbliżyła się do otwartych drzwi, z takim jednak wahaniem, że jasny stawał się związek między zwierzęciem i kobietą.
Ona też boi się słońca – pomyślała Lori. Należeli do siebie, zwierzę i żałobnica, kobieta szlochająca za stworzeniem, które Lori trzymała na rękach.
Spojrzała na chodnik rozciągający się od miejsca, gdzie stała – do mauzoleum. Czy zdołałaby dotrzeć do grobu, nie wychodząc na słońce i nie przyspieszając tym samym zgonu zwierzęcia? Może i tak, przy zachowaniu ostrożności. Planując sobie trasę, zaczęła posuwać się do mauzoleum, używając plam cienia jako miejsc postoju. Nie spoglądała na drzwi, całą uwagę skupiając na chronieniu zwierzęcia przed światłem, a jednak czuła obecność żałobnicy i jej chęć, by szła dalej. Raz kobieta odezwała się – nie słowami, lecz jakimś cichym dźwiękiem, tak jak ucisza się dziecko w kołysce, skierowanym nie do Lori, lecz do umierającego zwierzęcia.
Znalazłszy się o trzy czy cztery jardy od drzwi mauzoleum, Lori ośmieliła się podnieść wzrok. Kobieta w drzwiach nie mogła dłużej zachować cierpliwości. Wychyliła się ze swego schronienia, a szata jej zsunęła się na plecy, odsłaniając ramiona i wystawiając ciało na słońce. Biała skóra-jak lód, jak papier – ale tylko przez chwilę. Gdy palce wyciągnęły się, by uwolnić Lori od jej ciężaru, pociemniały i spuchły, jak gdyby nagle zostały stłuczone. Żałobnicy wydała okrzyk bólu i niemal wpadła z powrotem do grobu, gdy cofnęła ramiona, lecz skóra popękała i smugi ciała, żółtawe jak pyłek kwiatowy, wybuchły jej z palców i spadły w promieniach słońca na patio.
W sekundę później Lori znalazła się przy drzwiach, a potem za nimi, w bezpiecznej ciemności. To pomieszczenie było zaledwie przedpokojem. Dwoje drzwi prowadziło dalej: jedne do swego rodzaju kaplicy, drugie pod ziemię. Kobieta w żałobie stała przy tych drugich drzwiach, otwartych, jak najdalej od porażającego światła. W pośpiechu zgubiła woalkę. Twarz pod spodem miała pięknie ukształtowane kości, tak szczupłe, że grożące uszkodzeniem, co podkreślało jeszcze wyraz jej oczu, odbijające, nawet w najmroczniejszym kącie pomieszczenia, trochę światła zza otwartych drzwi, tak że wydawały się niemal świecić.