Wiedziała, że nie znajduje się daleko, ale wiatr stawał się silniejszy, miotał nią na wszystkie strony, skowyczał wokół głowy.
- Boone? – odezwała się znów. – Chcę Boone’a. Przyprowadźcie go do mnie.
Wiatr usłuchał. Zaskowyczał głośniej.
Jeszcze ktoś był w pobliżu, przeszkadzając w usłyszeniu odpowiedzi.
- On nie żyje, Lori – powiedział jakiś głos.
Próbowała zignorować idiotyczny głos i skupić się na zrozumieniu wiatru. Wypadła jednak z rozmowy i musiała zaczynać od nowa.
- Pragnę Boone’a – stwierdziła. – Przyprowadźcie go…
- Nie!
Znów ten przeklęty głos.
Spróbowała po raz trzeci i gwałtowność wiatru zmieniła się W inną gwałtowność. Potrząsano nią.
- Lori! Obudź się!
Przywarła do snu, do snu o wietrze. Mógłby jej powiedzieć to, czego potrzebowała, gdyby jeszcze chwilę odparła atak świadomości.
- Boone! – zawołała znów, lecz wiatr odchodził i zabierał ze sobą umarłych. Swędziło ją, gdy wychodzili z jej żył i zmysłów. Jeśli znali jakąś tajemnicę, zabierali ją teraz ze sobą. Nie była w stanie ich powstrzymać.
- Lori.
Odeszli już, wszyscy odeszli. Uniesieni przez sztorm.
Nie miała wyboru; otworzyła oczy wiedząc, że ujrzy Sheryl, z krwi i kości, siedzącą w nogach łóżka i uśmiechniętą.
- Koszmary? – spytała.
- Nie. Niezupełnie.
- Wołałaś jego imię.
- Wiem.
- Powinnaś pójść ze mną – stwierdziła Sheryl.- Wyrzuć go ze swojej duszy.