Sheryl promieniała, wyraźnie chciała podzielić się wieściami.
- Poznałaś kogoś? – zgadła Lori. Sheryl wyszczerzyła zęby.
- Kto by pomyślał? – powiedziała. – Matka mogła rzeczywiście mieć rację.
- Aż tak dobrze?
- Dobrze.
- Opowiedz o wszystkim!
- Nie ma wiele do opowiadania. Po prostu znalazłam jakiś bar i spotkałam tam świetnego faceta. Kto by pomyślał? – powtórzyła. – W środku cholernej prerii. Miłość mnie szukała.
Nie panowała nad swoim podnieceniem; z trudem hamowała entuzjazm, gdy zdawała Lori pełną relację ze swego nocnego romansu. Mężczyzna nazywał się Curtis; bankier, urodzony w Vancouver, rozwiedziony, ostatnio przeprowadził się do Edmonton. Idealnie się uzupełniali, jak twierdziła: jako znaki zodiaku, pod względem upodobań kulinarnych i alkoholowych, doświadczeń rodzinnych. A co najważniejsze, chociaż rozmawiali przez kilka godzin, ani razu nie namawiał jej do rozebrania się. Był dżentelmenem: układny, inteligentny, tęskniący za życiem kulturalnym Zachodniego Wybrzeża -, gdzie, jak dał do zrozumienia, powróciłby, gdyby znalazł odpowiednie towarzystwo. Może jej towarzystwo.
- Mam się z nim znów spotkać jutro wieczorem – powiedziała Sheryl. – Może nawet zostanę tu kilka tygodni, jeśli sprawy dobrze się ułożą.
- Na pewno – odparła Lori. – Zasłużyłaś, żeby ci się powiodło.
- Wracasz jutro do Calgary? – spytała Sheryl.
- Tak – chciał odpowiedzieć jej umysł. Ale sen był od niej szybszy l odpowiedział inaczej.
- Myślę, że najpierw wrócę do Midian – odezwała się. – Chcę jeszcze raz zobaczyć to miejsce. Twarz Sheryl posmutniała.
- Proszę, nie nalegaj, żebym pojechała z tobą. Nie zdobędę się na drugą taką wizytę.
- Nie ma problemu – odrzekła Lori. – Z radością pojadę sama.