Lori nie czuła wcale strachu. To tamta kobieta drżała, gdy pielęgnowała swoje poparzone słońcem ręce. Jej spojrzenie wędrowało od zdumionej twarzy Lori do zwierzęcia.
- Obawiam się, że nie żyje – odezwała się Lori, nie wiedząc, jaka choroba dotknęła tę kobietę, lecz rozumiejąc jej żal, płynący ze zbyt świeżych doświadczeń.
- Nie:- spokojnie zaprzeczyła kobieta. – Ona nie może umrzeć.
To brzmiało jak oświadczenie, nie błaganie, lecz spokój kształtu spoczywającego w ramionach Lori kazał nie wierzyć w pewność kobiety. Jeśli stworzenie jeszcze nie umarło, nie było już dla niego ratunku.
- Dasz mi ją? – spytała kobieta.
Lori zawahała się. Chociaż ciężar tego ciała sprawiał jej ból i chciała już to mieć za sobą, wolała nie wchodzić do krypty.
- Proszę – powiedziała kobieta, wyciągając poranione ręce.
Lori ustąpiła, opuściła bezpieczne miejsce przy drzwiach i nasłonecznione patio za sobą. Postąpiła dwa, trzy kroki, gdy usłyszała odgłosy szeptów. Mogły one dobiegać tylko z jednego miejsca – ze schodów. Przystanęła, odezwały się w niej lęki z dzieciństwa. Strach przed grobami; strach przed schodami prowadzącymi w dół; strach przed Podziemnym Światem.
- Tam nikogo nie ma – mówiła kobieta z twarzą ściągniętą bólem. – Proszę, daj mi Babette.
Aby udobruchać Lori, odeszła krok ód schodów, przemawiając półgłosem do zwierzęcia zwanego przez nią Babette. Albo te słowa, albo bliskość kobiety, czy też chłodna ciemność krypty spowodowały reakcję stworzenia: drżenie przebiegło przez jego grzbiet jak wyładowanie elektryczne, tak silne, że Lori niemal wypuściła zwierzę z rąk. Kobieta mamrotała coraz głośniej, jak gdyby łajała umierającą istotę; jej niepokój wzrastał. Nastąpił impas. Lori nie chciała przybliżyć się bardziej do wejścia do krypty, a kobieta – do drzwi zewnętrznych, a podczas tych sekund zastoju w zwierzę wstąpiło nowe życie.
Jeden z jego pazurów zahaczył pierś Lori, gdy zaczęło wić się w jej objęciach.
Reprymenda przeszła w krzyk:
- Babette!
Ale jeśli nawet stworzenie słyszało, nie zważało na to. Ruszało się coraz gwałtowniej jakby w parkosyzmach. W pewnej chwili zadrżało jak torturowane, w następnej poruszało się jak wąż zrzucający skórę.