Nad Midian rozciągało się niebo bez chmur, a powietrze wydawało się jakby podminowane. Cały niepokój, jaki czuła podczas pierwszej wizyty zniknął. Chociaż było to wciąż miasto, gdzie umarł Boone, nie mogła go za to nienawidzić. Wręcz przeciwnie – ona i miasto sprzymierzyli się, oboje naznaczeni odejściem Boone’a.
Nie przybyła tu jednak z wizytą do miasta jako takiego, lecz na cmentarz – i nie zawiodła się. Słońce migało na mauzoleach, ostre cienie podkreślały kunszt rzemieślników. Nawet zieleń trawy, wyrosłej między grobami, wydawała się soczystsza niż wczoraj. W żadnej z kwater nie wiał wiatr, nie czuła oddechu sztormów ze snu, unoszących umarłych. W obrębie wysokich murów panowała niezwykła cisza, jak gdyby świat zewnętrzny w ogóle nie istniał. Oto ‘i miejsce poświęcone umarłym, którzy nie odeszli po prostu z życia, lecz stanowili odrębny gatunek, rządzący się swoimi obrządkami i modlący się w sobie tylko właściwy sposób. Ze wszystkich stron otaczały ją takie znaki: epitafia po angielsku, francusku, polsku i rosyjsku; obrazy zawoalowanych kobiet i rozbitych urn świętych, których sensu męczeństwa mogła się tylko domyślać; kamienne psy śpiące przy grobach swoich panów – cała symbolika towarzysząca owym ludziom. Read the rest of this entry »